112 km/h zamiast 50: jak skończyła się szaleńcza jazda cudzoziemca w Białorusi

Published:
Updated:

35-letni mieszkaniec kraju sąsiadującego pobił niezbyt chlubny rekord na drogach obwodu mohylewskiego. W czasie jednej podróży aż siedmiokrotnie przekroczył prędkość, sądząc, że brak papierowego wezwania oszczędzi mu kary. Sprawdzamy, jak zakończyła się ta brawurowa przejażdżka i co każdy obcokrajowiec powinien wiedzieć o białoruskich kamerach.

Rekord, którym nie ma czym się chwalić

Wszystkie przewinienia zarejestrowały kamery automatycznego fotoradaru. Liczby porażają: raz kierowca rozpędził się do 131 km/h przy dozwolonych 90 km/h, a gdzie indziej śmigał 112 km/h tam, gdzie limit wynosił ledwie 50 km/h.

W strefie „50” przekroczył dopuszczalną prędkość dwukrotnie, stwarzając realne zagrożenie dla innych użytkowników dróg.

Rachunek na 1395 rubli

Za wybryk 35-latka przyszło zapłacić 1395 białoruskich rubli – solidna suma za kilka godzin szaleństw za kółkiem.

W mohylewskim UWD podkreślili: przepisy ruchu drogowego obowiązują wszystkich po równi. Cudzoziemiec oberwie tak samo jak Białorusin.

Kluczowa różnica dla nierezydentów

Wielu zagranicznych kierowców łudzi się, że brak „listu szczęścia” pocztą anuluje mandat. Nic z tego.

Obcokrajowcom faktycznie nie przychodzi korespondencja, ale kamery nie próżnują. Gdy drogówka zatrzyma auto, pokazuje zdjęcia i wypisuje postanowienie na miejscu.

Deportacja zamiast mandatu

W służbach ostrzegają: uporczywe lekceważenie zasad przez cudzoziemców grozi poważniejszymi konsekwencjami niż grzywna.

Notorycznym naruszeniom grozi:

  • zakaz wjazdu do Białorusi
  • deportacja z kraju

A więc, kto planuje jazdę po Białorusi, niech pamięta: kamery nie śpią, a niewiedza (czy nadzieja, że „ujdzie na sucho”) nie zwalnia z odpowiedzialności.

You may also like