Z peryferii Mińska do wioski Krzywa Brzoza — zaledwie pół godziny jazdy. Ale dla szefa kuchni Paolo ten dystans stał się drogą długą jak życie. Urodził się w słonecznej Apulii i nie miał pojęcia o istnieniu białoruskiej miejscowości o tak wyrazistej nazwie. A teraz mieszkańcy okolic i goście ze stolicy przyjeżdżają do niego po prawdziwą neapolitańską pizzę z pieca opalanego drewnem. Porozmawialiśmy z Włochem o miłości, ucieczce od rodzinnych dramatów i największym kulinarnym grzechu — ananasach na pizzy.
„Napięcie było tak duże, że trzeba było wyjechać z kraju”
Paolo wraz z rodziną przeprowadził się do Białorusi trzy lata temu. Kierunek nie był przypadkowy: tu czekała na niego miłość. Ich historia poznania brzmi jak scenariusz romansu. W 2009 roku, odpoczywając w Brazylii po rozwodzie, Paolo postanowił po prostu pogadać z kimś w internecie.
— Chciałem się oderwać, jak z przyjacielem. Ona, gdy tylko zobaczyła mnie przez kamerę, od razu zakochała się szaleńczo — śmieje się Paolo.
Jego słowa z uśmiechem tłumaczy żona Alina. Sam po rosyjsku prawie nie mówi, zna pojedyncze zwroty.
Pierwsze spotkanie odbyło się w Mińsku w listopadzie 2009 roku. Na randki Paolo przychodził z tłumaczem, ale nie przeszkodziło to rodzącemu się uczuciu. W 2010 roku Alina przeprowadziła się do Włoch. Tam u pary urodziło się dwóch synów — Lorenzo i Leonardo.
Zdjęcie sb.by
Rodzina mieszkała w ojczyźnie męża przez dwanaście lat, ale prawdziwa idylla skończyła się po śmierci ojca Paola.
— Wariowałem już od ciągłych swar z braćmi. Pracowaliśmy w rodzinnym biznesie, ale nie umieliśmy dojść do zgody. Czułem, że muszę stamtąd uciec, bo inaczej nic dobrego z tego nie wyjdzie. Nie tylko z miasta, lepiej z kraju całego — opowiada Paolo.
Kierunek podróży był jasny od razu: ojczyzna żony. Alina wspomina:
— Musieliśmy się przenieść w miejsce, gdzie od razu poczujemy się jak u siebie. W Mińsku łatwiej mi było wkomponować dzieci w nowe otoczenie, bo znam rosyjski i mogłam im pomóc, a przy okazji przetłumaczyć słowa Paola, gdyby było trzeba. Na początek radziliśmy sobie ze skromnych oszczędności, no i babcia męża dawała nam wsparcie.
Ucieczka od zgiełku: dlaczego wieś lepsza od miasta
Na początek rodzina zamieszkała w mińskim mieszkaniu Aliny. Dla Paola, przyzwyczajonego do przestrzeni, stało się to jednak prawdziwą próbą ognia. Para szybko zdała sobie sprawę: potrzeba własnego gniazda. Tak trafili do Krzywej Brzozy. Kiedy rodzina pierwszy raz przyjechała na działkę, stał tam tylko goły szkielet bez okien i drzwi. Dużą część remontu Paolo wykonał własnymi rękami: zbudował werandę i, co najważniejsze, zaprojektował piec opalany drewnem. Bez niego nie wyobrażał sobie prawdziwego domu.
— Szalenie podoba mi się na wsi! Przez całe życie moją pracą były niekończące się rozrywki: pub, restauracja, dyskoteka. A to wieczna jazda i hałas. Mam tego serdecznie dość. Dopiero teraz czuję się dobrze — przyznaje szef kuchni.
Podkreśla różnicę w stylu życia: we włoskich miasteczkach infrastruktura jest lepsza niż na białoruskich wsiach, ale na Białorusi czuje się bezpiecznie jak w domu.
— W Mińsku jest bardzo czysto. Dziewczyna może chodzić po mieście wieczorem i być spokojna. We Włoszech o późnej porze może zdarzyć się absolutnie wszystko. Dlatego tutaj jestem święcie spokojny o swoją rodzinę.
„Chcę pracować z przyjemnością. I w spokoju”
Czym zająć się po przeprowadzce? Paolo całe życie związany był z kuchnią. Po wojsku pracował jako kucharz w rodzinnym biznesie, organizował weselne bankiety dla 300–400 gości.
— Na południu Włoch jedzą z apetytem. I to jak! Mnóstwo wszystkiego! I bardzo smaczne produkty — dodaje.
Początkowo planował otworzyć restaurację w centrum handlowym w agromiasteczku Senica, ale otwarcie się przedłużyło, a rodzina już osiedliła się na wsi. Regularne dojazdy do miasta komplikował fakt, że Paolo nie mógł wymienić prawa jazdy: musiał zdać egzamin po rosyjsku, a czytanie cyrylicy wciąż sprawia mu trudność. Z tego powodu nawet nachodziły go czarne myśli o powrocie do Włoch.
— Z tym problemem zwróciłem się do Administracji Prezydenta, napisałem pismo. Prosiłem o pomoc dla ludzi w podobnej sytuacji. Po pół roku zmieniono prawo. Teraz cudzoziemcy , którzy mają kartę pobytu, nie muszą zdawać egzaminu z języka rosyjskiego. Wystarczy praktyka za kółkiem. Nie wyobrażacie sobie, jak byliśmy w siódmym niebie, gdy o tym usłyszeliśmy — nie kryje wzruszenia Paolo. — Teraz cudzoziemcom, którzy przyjechali na Białoruś, będzie łatwiej. Zwłaszcza tym, co kupili tu dom. Samochód to podstawa. Wielu chce się przeprowadzić do waszego kraju. Mam masę takich znajomych z Włoch, Szwajcarii, Austrii, Hiszpanii.
Tak narodził się pomysł pieczenia pizzy prosto w domu. Paolo zarejestrował się jako samozatrudniony i uruchomił Papaccio Pizza.
— Nie mieliśmy i nie mamy ambicji sławy na całą Białoruś czy wielkich zysków. Przez 40 lat w restauracyjnym biznesie nasyciłem się po dziurki w nosie hałaśliwymi lokalami z tłumami. Osiągnąłem wiele, nie jestem już młody. Mam 57 lat, tęsknię za spokojnym życiem rodzinnym. Chcę pracować dla przyjemności.
Nie ma reklam, nie ma dostaw — klienci przyjeżdżają sami. Ale poczta pantoflowa zadziałała jak złoto.
Menu ciągle się rozrasta, obecnie można zamówić 18 pozycji, w tym focaccię i paposzę. Ceny jak w Mińsku: za pizzę z szynką i grzybami trzeba zapłacić 25 rubli, a za wariant z delikatesami i owocami morza — 35–45. W składzie zero majonezu czy ketchupu — bazą każdej potrawy jest pasta pomidorowa i oliwa z oliwek. Mąka i zdecydowana większość nadzień — białoruskiego pochodzenia. Wyjątkiem jest to właśnie masło oraz owoce morza. Jakość naszego przemysłu spożywczego Paolo ocenił na celująco:
— Słyszałem od „ekspertów”, że z białoruskiej mąki nie da się zrobić prawdziwego włoskiego ciasta. Bzdura! Wszystko zależy od przepisu i wprawy kucharza. Ale waszej mozzarelli dałbym 6 na 10. Za mało tłusta, więc nie ma takiego intensywnego smaku jak u mnie w domu.
Do nich przyjeżdżają nie tylko mieszkańcy Mińska. W pół roku działalności gościli u nich turyści z Włoch, Hiszpanii, Austrii, USA. Pewnego razu zajechał gość z Florydy, który dowiedział się o pizzerii w mediach społecznościowych. A latem moskiewska dziewczyna tak zachciała ich pizzy, że wskoczyła w samochód i pognała do Krzywej Brzozy.
— Wszyscy myśleli: komu pizza na wsi? A tu się okazuje, że jak najbardziej się przyda — śmieje się Alina.
Zdjęcie z archiwum smartpress.by
Ananasy poza prawem, a draniki w sercu
Paolo mógłby godzinami rozprawiać o produktach. Dla niego to złoty standard. Starannie dobiera składniki, co rodzi dylemat: albo źle, albo drogo jak cholera. Nawet rozważa produkcję własnych mięsnych delikatesów — prosciutto i mortadeli.
Jego kulinarna filozofia jest żelazna. Na stronie internetowej umieścił manifest: „Szukacie ananasów na pizzy? Idźcie do innej pizzerii”.
— Lubię kontrasty: słodkie ze słonym. Ale owoce na pizzy? Głupstwem pachnie! A wy jeszcze do kurczaka ananasy dorzucacie — oburza się kucharz.
W jego menu nie ma kurczaka (oprócz specjalnych wersji dla dzieci z parówkami i frytkami), ale jest tradycyjna „Kapriczosa” z artichokami, które na razie budzą zdziwienie u miejscowych. Jego ulubione lokalne dania to „futerko” (śledź pod futrem) i placki ziemniaczane (draniki). A do tego jest zagorzałym fanem białoruskiej śmietany — we Włoszech nic podobnego nie uświadczysz.
Pewnego razu przeprowadził eksperyment: pizza z szynką, śmietaną i ziemniakami.
— Nie, to nie hołd dla białoruskich tradycji, tylko zwykły włoski przepis — wyjaśnia szef. — Ale tu podeszli do niej jak pies do jeża.
Największymi fanami pizzy z ziemniakami zostali jego synowie. Może to właśnie tak objawia się mieszanka białoruskich i włoskich korzeni.
Życie na dwa domy
Przeprowadzka była próbą nie tylko dla dorosłych, ale i dla dzieci. Trzy lata temu prawie nie znali rosyjskiego, miejscowe dzieciaki na początku nie chciały przyjąć „obcych”.
— Ale teraz wtopili się w dziecięcą „bandę”. Zaprzyjaźnili się, grają w piłkę. Nie obyło się bez bijatyk — wyrastają na prawdziwych lokalnych urwisów — opowiada Alina.
Obaj synowie już naśladują tatę. Młodszy ma nawet własną ekspresyjną manierę solenia potraw. W domu rodzina stara się mówić po włosku, Paolo obstaje: nie wolno zapomnieć języka przodków.
Zdjęcie z archiwum smartpress.by
Na razie Paolo i Alina przyjmują zamówienia. W weekendy ich dom zmienia się w dom otwarty. Ludzie wchodzą prosto do dużej salonu. Jeśli pizza jeszcze się piecze, Paolo z Aliną sadzają klientów naprzeciw pieca, i ci patrzą na pracę Włocha jak na żywy film.
— Ja po prostu pracuję. Chcę, żeby moi klienci zawsze wychodzili zadowoleni. Nie po to, żeby tylko sprzedać. Pragnę, by ten, kto do mnie przyjdzie, dostał smaczny produkt i był naprawdę szczęśliwy — mówi Paolo Antonio Venne.
Zdjęcie z archiwum smartpress.by
Jest przekonany: Białorusini przypominają Włochów z południowych regionów.
— Na początku wydaje się, że zamykają się w sobie i noszą pancerz na grzbiecie. Ale gdy nawiążą kontakt, stają się serdeczni, gościnni jak mało kto. Ogólnie Białorusini to dobrzy, życzliwi i ciepli ludzie.
I cokolwiek dzieje się za oknem, w domu Paola zawsze unosi się zapach drewna, pomidorów i prawdziwego południa — tego, co na stałe osiedliło się w rejonie smolewickim.
Właścicielka agrousadźby „Dary matuli” Natalia Strok kiedyś wybrała wiejski tryb życia i z brzegów Dunaju przeprowadziła się do rejonu Brzezińskiego. Teraz w...
W maju 2020 roku Arkadyj Łarionow — obywatel Łotwy, były docent Bałtyckiej Akademii Międzynarodowej, dziś starszy wykładowca Katedry Ekonomii i szef wydziału kontaktów...