Właścicielka agrousadźby „Dary matuli” Natalia Strok kiedyś wybrała wiejski tryb życia i z brzegów Dunaju przeprowadziła się do rejonu Brzezińskiego. Teraz w wiosce Wysokie hoduje koźlęta, serdecznie przyjmuje gości i marzy o budowie agroekoparku. Chociaż dlaczego marzy? Krok po kroku wciela w życie swój plan.
Wyjazd, by zrozumieć: dom to nie paszport
Czasem trzeba wyjechać daleko, żeby zrozumieć, gdzie jest twój dom. Dla Natalii Strok ten szlak zajął dekady — ale doprowadził tam, gdzie dziś doi kozy, robi sery i przyjmuje gości z Mińska.
Natalia — córka wojskowego, w połowie Austriaczka po ojcu. Rodzina mieszkała na Węgrzech i w Austrii. W 1996 roku wróciła na Białoruś. Tu znalazła miłość, urodziła czworo dzieci, założyła fabrykę makaronu w Białooziersku — została pierwszą kobietą-przedsiębiorczynią w rejonie brzezińskim.
W 2003 roku rodzina przeniosła się do Austrii. Natalia zmieniła branżę: 12 lat pracowała jako przewodniczka i tłumaczka w kompleksie pamięciowym „Mauthausen”.
„Tak, miałam inne życie. Pewnego razu w Barcelonie, po konferencji, gdzie tłumaczyłam, tańczyłam z ministrem spraw zagranicznych Hiszpanii. Byłam szczęśliwa i wtedy, i teraz na swojej farmie” — mówi bez żalu.
Na pytanie, czemu wróciła, śmieje się: „Zestarzałam się widocznie. Urodzona i wychowana w mieście, po życiu w Europie, dziś nie wyobrażam sobie życia bez białoruskiej wsi, bez powietrza pachnącego igliwiem, bez bagien Sporowskich i bez moich ukochanych kóz”.
Co skłoniło do powrotu: nie ideologia, lecz życie
Decydujące okazały się dwa momenty — oba bardzo osobiste.
Pierwszy — medycyna bez kolejek. Gdy młodszemu synowi w Austrii postawiono niepokojącą diagnozę i zaproponowano wizytę… za pół roku. „Strasznie baliśmy się stracić czas — opowiada Natalia. — Wystarczyło mi pięć minut, by się uspokoić, wypić kawę i znaleźć kontakt do kliniki w Borowlanach. Zaproponowali konsultację za trzy dni! Godzinę i pół syna badali na aparatach — i zdjęli nam ciężar z serca: zagrożenia dla życia nie ma”.
Drugi — ludzka serdeczność bez ceregieli. „Wracam z farmy późno wieczorem. Dzwoni przyjaciółka, a ja mówię: 'Ciężki dzień, nawet nie zdążyłam zjeść’. W odpowiedzi słyszę: „Przyjedź, mąż ugotował barszcz”. W Austrii nie mam nikogo, do kogo mogłabym wpaść w północy po prostu w gości!”
Kolejny argument — rozwój. „Jeśli Austria to, obrazowo mówiąc, sypialnia, to Białoruś — kuchnia, bo tu ciągle jestem w ruchu, coś tworzę. W Austrii zdobyłam cenne doświadczenie, ale tu jest mój dom”.
„Będziemy żyć w Wysokiem”
„Pewnej nocy mąż budzi mnie i mówi: „Będziemy z tobą żyć w Wysokiem”. Pamiętam, pomyślałam wtedy: „Jakie jeszcze Wysokie?” Nie miałam pojęcia, że istnieje taka wieś. Dwa lata można powiedzieć, stawiałam opór. Wszak nie jestem wiejskim człowiekiem. Ale w pewnym momencie zrozumiałam, że dzieci już wyrosły, mają swoje życie i nie trzeba poświęcać całego czasu rodzinie. I się zgodziłam” — wspomina Natalia.
Pierwsza na Białoruś w 2022 roku przeprowadziła się Natalia. Kobieta energiczna, więc od razu wzięła się za robotę: brała udział w różnych konkursach dla przedsiębiorców i wygrała grant na budowę fermy.
Pomysł na fermę zrodził się przypadkiem. Przyjaciółka sprzedała mieszkanie w centrum Mińska, przeniosła się na wieś i założyła kozy.
„Przyjechałam do niej z Austrii i, szczerze mówiąc, kręciłam palcem u skroni. Uważałam to za kompletne głupstwo. Przyniosła mi nowo narodzonego koźlęcia, a ja siedziałam z nim kilka godzin. Tak dobrze i spokojnie zrobiło się na duszy” — wspomina bohaterka.

Dziś na fermie 150 kóz sześciu ras: saaneńskie, alpejskie, angorskie, lamancha. Każda ma swój charakter i imię. 60 z nich trzeba doić dwa razy dziennie. Do tego zbudowali pięć specjalnych stanowisk — żeby podczas dojenia nie garbować pleców. W zależności od rasy koza daje średnio od 2 do 4 litrów mleka.
Terytorium kóz przyciąga wzrok: ściany pomalowane alpejskimi pejzażami i rysunkami. Jest osobny wybieg dla młodych — „żłobek”, gdzie maluchy wypraszają chlebowe smakołyki. Ogólnie mieszkańcy tu bardzo kontaktowi i pozytywni.
„Kozy to bardzo mądre, czyste i towarzyskie zwierzęta. Mają swoją hierarchię: szefowa, prokurator, samiec alfa… Jak się biją, to tylko do pierwszej kropli krwi. Do poszkodowanej zawsze podejdą inne, pocieszą, wyjaśnią, co było nie tak. A jeszcze koza, jak każda kobieta, może z niczego urządzić 'francuski’ skandal” — śmieje się Natalia.
Jak to działa: od grantów do agroekoparku
Gdy Natalia przyszła do wydziału gospodarki Rejonowego Komitetu Wykonawczego w Berezie z gotowymi planami (szkicami, pomysłem na etnograficzną zagrodę, warsztatami z serowarstwa), trzykrotnie wygrała konkursy na międzynarodową pomoc techniczną:
- Pierwszy grant — na otwarcie Centrum Wsparcia Przedsiębiorczości na wsi.
- Drugi i trzeci — wspólnie z rezerwatem „Sporowski” na rozwój potencjału turystycznego regionu.
Na środki z grantów kupowała kozy. Dziś agrousadźba „Dary matuli” to:
- przyjmowanie gości i wycieczki,
- warsztaty serowarskie (francuski „Chevré”, sery miękkie),
- degustacje w przytulnej „karczmie”,
- plac zabaw dla dzieci i plany obozowiska z jurtami.
Ale najważniejsze — Centrum Agroekoprzedsiębiorczości. Tu rzemieślnicy wypożyczają za darmo sprzęt: pakowarki, suszarki, serowarnie. Każdy uprawia na swoim podwórku (mięta herbaciana, olej dyniowy), a wspólnie uzyskują wolumen komercyjny do sprzedaży.
„Dać wędkę, nie rybę” — to filozofia centrum.
Słowami Natalii, hodowla kóz w regionie jeszcze nie jest rozwinięta. Jeśli ktoś ma kilka kóz, to mleko zwykle oddaje — do produkcji sera ręce nie dochodzą. Wiele osób trzyma kozy dla siebie, więc nie trzeba udowadniać wartości mleka koziego.
Z mleka Natalia robi pięć rodzajów miękkiego sera koziego. Kulki w różnych panierkach pakuje do małych słoików z olejem roślinnym. Produkt rzemieślniczy sprzedaje przez media społecznościowe i oczywiście podczas wycieczek.
— Hodowla kóz jest opłacalna. Ale ja nie sprzedaję ich na mięso. Doję i robię sery. Nazywam to manufakturą, bo nigdy nie będziemy wielkim biznesem — wszystko opiera się na ręcznej pracy — podkreśla przedsiębiorca.

Sprzedaż działa inaczej niż u wielu innych rolników: produkt rzemieślniczy sprzedają nie przez sklepy i jarmarki, lecz dzięki własnym stronom w mediach społecznościowych i komunikatorach. I oczywiście podczas wycieczek.
Ferma leży w wyjątkowym miejscu — blisko rezerwatu „Sporowski”, przez który przebiega unikalna ekotrasa. Dlatego wiele grup wycieczkowych zagląda również na fermę.
Plany na przyszłość
Wszyscy czworo dzieci Natalii mieszka w Austrii. Przyjeżdżają pomagać. Najpierw pracował najstarszy Aleksander, potem rok wczuwał się w sprawy najmłodszy Iwan. Teraz Natalia czeka na męża jako pomocnika.
— Czas wracać na ojczyznę — mówi. — W Austrii dobrzy ludzie, ale inni.
Plan na najbliższy czas — wykupienie budynku, gdzie działa centrum agrokulturowe, i uruchomienie profesjonalnej produkcji antipasti. Jak tylko pojawi się technolog na produkcji, Natalia gotowa jest odejść od serowarstwa. Jej ambicje, jak już wiadomo, są znacznie szersze — zarządzać całym procesem biznesowym.
Jest przekonana: „Białoruś to nie Stary Świat. Tam każdy metr kwadratowy jest zajęty. Tu jest przestrzeń do rozwoju. Ci, którzy raz zdecydowali się tu przeprowadzić, stąd ich kijem nie przepędzisz. A czego jeszcze trzeba w życiu? Zajmuję się ukochaną sprawą, spędzam cały czas ze zwierzętami, spotykam gości, karmię ich. Cieszę się, gdy na fermie śmieją się dzieci. Cenię w życiu proste rzeczy. W Austrii byłam szczęśliwa. Ale tu jestem — w domu!”.
