Z Anglii na łono natury: historia Łotysza z mohylewskiego zakątka

Published:
Updated:

Czasem życie płynie zupełnie inaczej, niż planowałeś. I to na lepsze. Ta historia to opowieść o rodowitym Łotyszu Martynie (Martins Kipsts), który przez 15 lat mieszkał w Anglii, ale w pewnym momencie postanowił odnaleźć spokój i szczęście w cichej białoruskiej wiosce w rejonie horeckim obwodu mohylewskiego. Opowieść z pierwszej ręki — bez zadęcia i żadnych ozdób.

Jak wszystko się zaczęło: przypadek, który wszystko zmienił

Nasza droga na Białoruś nie zaczęła się od wielkich planów, lecz od zwykłej wizyty u dentysty w Mołodecznie. Po prostu przyjechaliśmy w interesach, pospacerowaliśmy po ulicach małego miasteczka… i coś drgnęło w duszy. Wróciliśmy do Anglii, dalej pracowaliśmy, ale Białoruś nie dawała o sobie zapomnieć.

Droga do domu: od Grodna do Gorków

Następna nasza wyprawa wiodła do Grodna. Tydzień spacerów po zabytkowych uliczkach, zapach świeżego chleba z piekarni, przytulne podwórka… Moja druga połówka już na serio zaczęła szukać domu. Przejrzeliśmy ogłoszenia, oglądaliśmy opcje, ale żaden dom nie trafił w serce. Do tego ceny gryzły.

Trochę posmutnieliśmy, ale postanowiliśmy: „Skoro nie, to nie nasze. Idziemy dalej”.

Kolejnym przystankiem był Mińsk. Mieszkając w stolicy, pojechaliśmy obejrzeć dom pod Lidą. Na papierze wszystko wygodne, ale… coś nie grało. Miejsce musi rezonować z tobą — w końcu tam będziesz mieszkać.

I fortuna się do nas uśmiechnęła w obwodzie mohylewskim. Na Kufarze natknęliśmy się na kilka opcji, przyjechaliśmy do Gorków i spędziliśmy tam aż trzy tygodnie. To był czas poszukiwań, dróg i nadziei.

Przygoda bez samochodu: jak szukaliśmy domu, ufając ludziom

Osobno chcę wspomnieć o naszym questie z transportem. Szukaliśmy domu bez własnego auta! Wszystko zaczynało się od pytania w kasie dworca: „Proszę podpowiedzieć, jak dojechać do…”. Dobrzy kasjerzy wskazywali właściwe trasy.

Podróżowaliśmy pociągami do centrów rejonowych, wynajmowaliśmy skromny pokój w hotelu, a stamtąd — taksówką, okazją albo lokalnym autobusem. I zawsze, absolutnie zawsze po drodze trafialiśmy na życzliwych ludzi. To coś nie do wiary! Prawdziwa przygoda, która pozwoliła nam zajrzeć w głąb życia prowincji.

Dwa domy: jedna lekcja, jedno marzenie

W jednym wiejskim urzędzie namawiano nas nawet na dom za bazową cenę. Pojechaliśmy, obejrzeliśmy. Z zewnątrz i w środku budynek był w opłakanym stanie. Brak podłogi, pieca, prądu. Ale piękne miejsce i cena 40 rubli kusiły niemożebnie. Zaczęliśmy załatwiać papiery. Ale formalności przy takich domach ciągną się miesiącami (z braku dokumentów), więc musieliśmy wracać do Anglii. Po jakimś czasie pracy tam i powrocie zastaliśmy jeszcze smutniejszy obraz. Dom prawie się rozleciał, okna powybijane, większość zabudowań, która i tak ledwo zipała, zrównała się z ziemią.

Zrozumieliśmy: bez wizy nie zdążymy go odbudować, a bez tego nie dostaniemy prawa pobytu. Z ciężkim sercem musieliśmy zrezygnować.

Ale los chroni tych, którzy idą z otwartym sercem.

Wkrótce trafił nam się inny wariant — dom nieco ponad 1000 dolarów. Nie ideał, ale miał najważniejsze: prąd, piec, całe okna, podłogę, dach. I dookoła — ani żywej duszy. Wioska niby, ale wrażenie, jakbyś mieszkał na odludziu. To miejsce dosłownie wbiło nam się w serca.

Dom Martynia na Białorusi. Zdjęcie z Facebooka: grupa «Na stałe na Białoruś»

Gdy emocje opadły, trzeźwo oceniliśmy infrastrukturę. Okazało się, że we wsi jest sklep, a do tego zagląda wózkiem mobilnym. Pogotowie, jeśli co, też dojedzie. W centrum rejonowym są szpital i przychodnia. Na razie nie musieliśmy z tego korzystać.

Wieś sama w sobie dość odludna, ale zimą mieszkają tu ludzie. Latem, oczywiście, nieco weselej.

Wieś Martynia w obwodzie mohylewskim. Zdjęcie z Facebooka: grupa «Na stałe na Białoruś»

Na razie wszystko nam tu odpowiada. Żona jeszcze pracuje w Anglii, ale też wkrótce planuje przeprowadzkę. Póki co wyrywa się tu kilka razy w roku.

W przyszłości, jeśli coś przestanie nam pasować, po prostu przeniesiemy się gdzie indziej. Dziś to nie problem.

Teraz, oczywiście, dom za 1000 dolarów to prawie „mission impossible”. Ceny w okolicy zaczynają się od 2000, ale wszędzie, rzecz jasna, są jakieś mankamenty. I musicie pamiętać, że w każdy dom i tak trzeba włożyć trochę pracy.

Syn, szkoła i nowe życie: jak dziecko odnalazło się na Białorusi

Największy strach przy przeprowadzce z dziećmi — a nuż im będzie ciężko? Język, szkoła, przyjaciele?

Nasz syn miał 12 lat. Kończył 6. klasę w Anglii. Po rosyjsku miał „zero” — tylko ojczysty łotewski i angielski. Nawet nie mówił, co dopiero pisał.

Ale w białoruskiej szkole w agromiasteczku Masłaki (rejon horecki) przyjęli go do 7. klasy — bez żadnych egzaminów próbnych.

Zdjęcie Yandex: Masłakowska Szkoła Średnia rejonu horeckiego

I wiecie, co się stało dalej?

Przez trzy lata — żadnych poważnych trudności. Ani z językiem, ani z nauką. W klasie jest jedenaścioro dzieci — zgodnych, otwartych. Zerowa tolerancja dla dręczenia. Wręcz przeciwnie: pojawili się prawdziwi przyjaciele. Nauczyciele otoczyli go troską, cierpliwością i wsparciem, za co należy im się ogromne podziękowanie.

Syn kończy teraz dziewiątą klasę. Zastanawia się, czy kontynuować naukę dalej (boi się trudnych egzaminów po jedenastej klasie), czy iść do technikum. Niedawno do ich szkoły trafił młody ratownik medyczny po odbyciu praktyki i syn zapalił się do tego, żeby również zostać lekarzem. Ale zobaczymy, jak to wyjdzie.

Życie na wsi: szczerze o plusach i realiach

Ci, co dopiero rozważają przeprowadzkę na wieś, muszą od razu mieć jasność: praca przy ziemi to ciężki kawałek chleba, a nie bajka z pocztówek. To wstawanie o świcie, opieka nad inwentarzem, przygotowanie drewna na opał i niekończące się majsterkowanie w gospodarstwie. Tu nie ma wolnego, gdy natura woła o uwagę.

Zdjęcie Martynia z Facebooka: grupa «Na stałe na Białoruś»

Ale jeśli jesteś gotów przyjąć te reguły gry, w zamian dostaniesz coś bezcennego. Tu odnajdziesz ciszę, za którą nie zapłacisz żadnymi pieniędzmi, i przyrodę, co leczy duszę bez pigułek. A własne gospodarstwo — kury, kaczki, gęsi — dla mnie osobiście daje poczucie niezależności i prawdziwych produktów na stole. Niskie koszty życia przynoszą spokój o jutro. Ale najważniejsze — wolność, gdy sam kształtujesz swój dzień i swoje życie.

Im starszy się stajesz, tym bardziej ciągnie cię w takie miejsca, z dala od miasta. Nigdy nie goniłem za lekkim życiem. Dla mnie liczy się spokój duszy, piękno dookoła i śpiew ptaków o poranku. W Anglii o takim życiu mogłem tylko pomarzyć.

Aha, mam też koty i psy. Dwie mniejsze suczki wzięliśmy z mińskiego schroniska. Tę większą znaleźliśmy jako szczeniaka na polu, gdy szukaliśmy domu.

Zdjęcie Martynia z Facebooka: grupa «Na stałe na Białoruś»

Rady dla tych, co marzą o przeprowadzce

Jeśli rozmyślacie o życiu na białoruskiej wsi, szykujcie się na długie poszukiwania swojego miejsca mocy. Dom da się wyremontować, ale to poczucie, że „to jest moje” — tego nie kupisz.

Nie bójcie się trudności na drodze. Nawet bez samochodu miejscowi na pewno pomogą.

Na wsi pracy raczej nie ma. Więc zaplanujcie z wyprzedzeniem, czym się zajmiecie. Bez pieniędzy nie przedłużycie wizy tymczasowej czy stałego pobytu, a w dom trzeba ciągle inwestować.

Jestem tu. I jestem otwarty na kontakt

Nie namawiam, żebyście do mnie przyjeżdżali, choć domy na sprzedaż pewnie się znajdą. Wieś podupada, ale to niestety los wszystkich wiosek — nie tylko na Białorusi. Nie zapraszam, bo pracy tu brak, chyba że swoim własnym biznesem się zajmiesz. Czy komuś to przypadnie do gustu… Każdy musi znaleźć swoje miejsce. Zawsze słuchajcie serca — ono nie zawiedzie.

Ale jeśli potrzebujecie pomocy, rady czy po prostu pogadać z kimś, kto przeszedł tę drogę — piszcie, dzwońcie, pytajcie. Cieszę się na nowe znajomości!

You may also like